Lampy Digital Sputnik Voyager ujrzą światło dzienne dopiero pod koniec bieżącego roku. Jednak już teraz mieliśmy okazję zapoznać się z prototypem i porozmawiać z CTO firmy.

Zdjęcia widoczne w nagłówku oraz poniżej powstały podczas sesji zdjęciowej “Voodoo” zorganizowanej w ramach inicjatywy “Migawka – Łódzkie Sesje Zdjęciowe” przez Martę Wojdalską. Modelki: Joanna Kołakowska, Kaja Flaga-Andrzejewska. Wizaż: Kaja Flaga-Andrzejewska. Stylizacje: własne modelek. Widoczna na zdjęciu lampa – prototypowy Digital Sputnik Voyager w wersji 60-centymetrowej. Zdjęcie użyte za zgodą wszystkich współtwórców.

Jeśli nazwa “Digital Sputnik” nic Wam nie mówi, to polecamy zapoznanie się z naszym poprzednim tekstem o ich najnowszym produkcie. Oświetleniu stworzonemu w tej niewielkiej firmie z Estonii udało się w rekordowym czasie trafić na plany hollywoodzkich blockbusterów. O tym jak do tego doszło opowiada zresztą w zamieszczonym poniżej wywiadzie Kaspar Kallas – współzałożyciel i Chief Technology Officer firmy. Zanim jednak dojdziemy do wywiadu – kilka słów o prototypie, który został mi udostępniony na kilka dni.

W dużym skrócie – mimo że Digital Sputnik Voyager, którego testowałem był prototypem i nie wszystkie funkcje były dostępne, miałem ogólne poczucie, że obcuję z przyszłością oświetlenia. Pełna, zdalna regulacja ze smartfona, wbudowana bateria, solidna obudowa, a wszystko mimo tego wyjątkowo lekkie i poręczne. W połączeniu z cyfrowym urządzeniem rejestrującym daje to możliwość ogromnej kontroli na kolorystyką już na etapie kręcenia i, co ważne, kontrola ta jest dostępna w szybki i wygodny sposób. Bez DMX-a i wysyłania asysytentów żeby kręcili gałkami. Wystarczy smartfon.

Na moim 3-letnim telefonie z Androidem aplikacja (również w prototypowej wersji) działała bez problemów. Była spięta na sztywno z lampą – prezentowana na filmie powyżej funkcja parowania z użyciem aparatu pojawi się później. By się połączyć, wystarczyło uruchomić lampę i poczekać ok. 30 sekund aż uruchomi się moduł Wi-Fi w znajdującym się w lampie mikrokomputerze. Dzięki komputerom lampy są w stanie same stworzyć wspólną, rozległą sieć i komunikować się między sobą.

Wbudowany komputer pozwala także na bardziej zaawansowane sterowanie kolorami. Lampa oferuje pełne RGB, względem którego punktem wyjścia może być światło 3200K lub 5500K (prototyp był ograniczony do 3200). Kolor i natężenie światła reguluje się kontrolerem podobnym do tych, jakie znajdziemy w programach do korekcji barwnej. Wszystko jest tak proste i intuicyjne, że trochę nie wiem jak mogłem bez tego rodzaju sterowania lampami do tej pory pracować. To jedna z tych rzeczy, które powinny być tam od zawsze, ale uświadamiany to sobie dopiero, gdy spróbujemy.

Poza świeceniem ciągłym, na lampie można też ustawić gradient albo szybsze lub wolniejsze migotanie. Twórcy zapowiadają, że w modelu produkcyjnym pojawią się gotowe presety do symulowania ognia, telewizora czy policyjnego koguta.

Całość działa na wbudowanej baterii przez około 2 godziny. Może też oczywiście pracować z zasilania sieciowego. Na pełny test pozwolę sobie, gdy pojawią się finalne wersje lamp i aplikacji. Na chwilę obecną znam część planowanej listy poprawek i pokrywa się ona z moimi zastrzeżeniami, nie ma więc sensu o nich pisać. Zamiast tego zapraszam na wywiad z Kasparem na temat genezy i przyszłości firmy oraz sposobu myślenia, który doprowadził do powstania Digital Sputnika.

Zacznę od pytania o Waszą firmę. Jak to się zaczęło? Jakie cele przyświecały Wam w momencie uruchamiania Digital Sputnika?

Digital Sputnik na początku był firmą zajmującą się postprodukcją filmową. Założyliśmy ją z bratem. On w tym czasie zajmował się fotografią, a ja właśnie postprodukcją. To był 2007 rok. Specyficzny moment, kiedy cyfrowa rewolucja nastąpiła już w fotografii, ale jeszcze nie w filmie. Pomyśleliśmy, że to dobry moment, żeby przenieść podejście i metody pracy z cyfrowej fotografii właśnie na postprodukcję filmową.

Minęło kilka lat, na rynku pojawiły się pierwsze cyfrowe kamery. Były dość siermiężne i bardziej zawodne niż negatyw, ale ludzie bardzo chcieli nowego, cyfrowego workflow. Po jakimś czasie kamery pozbyły się chorób wieku niemowlęcego i zaczęły ewoluować dalej.

A tymczasem oświetlenie filmowe nie zmieniło się ani trochę nie tylko od czasów analogowych, ale wręcz od 80 lat. Zobaczyliśmy szansę dla siebie w przeszczepieniu cyfrowych metod pracy i myślenia na ten segment branży filmowej.

To znaczy?

Gdy pracujesz z negatywem, pracujesz “na ślepo”. Operator ma wyobrażenie tego, co chce osiągnąć i to jego wiedza i doświadczenie sprawiają, że to co potem wychodzi z ciemni odzwierciedla to wyobrażenie. Ostateczny efekt widać dopiero po korekcji barwnej i dopiero wtedy reżyser i operator widzą, na ile udało im się zrealizować to, co zamierzyli.

W filmie cyfrowym efekt jest od razu widoczny na ekranie. Na własne potrzeby odkryliśmy to kręcąc etiudę studencką w Estonii na kamerze Silicon Imaging SI-2K. Pozwalała ona na nałożenie presetów typu LUT na obraz bezpośrednio w kamerze. Używaliśmy bardzo ekstremalnej korekcji barwnej od razu przy kręceniu, co spowodowało, że znacznie łatwiej było nam ustawiać światła patrząc na ekran podglądowy (z nałożonym LUT-em) niż tradycyjnie – na światłomierz. Często wystarczyło przesunąć lampę o parę centymetrów i oświetlenie sceny zminiało się diametralnie. Właśnie wtedy odkryliśmy, że można z filmem pracować inaczej. Nie na ślepo tylko na zasadzie “dostajesz to co widzisz” – gotowy obraz już na planie. Wystarczy dobry monitor.

Uderzyło nas, jak bardzo sposób kontroli świateł był niedostosowany do takiego typu pracy. Był staroświecki, siermiężny i zwyczajnie nas opóźniał. I tak zaczęły się nasze poszukiwania optymalnej metody na kontrolę oświetlenia. Naszym celem było stworzenie kolorowych świateł, którymi sterowałoby się tak, jak steruje się kolorem w programie do korekcji barwnej. Balans bieli, koło sterujące, nastawy bazujące na systemie HSL (barwa, nasycenie, jasność), tak by na przykład zmiana mocy nie wpływała na barwę. Zależało nam też na niezależności od bazowej temperatury barwowej. Przykładowo – mamy wnętrze oświetlone lampami 3200K. Dodajemy do tego jakiś kolorowy zafarb. Następnie przestawiamy się na oświetlenie 5500K i zafarb który ustawiliśmy pozostaje taki, jak był po przebalansowaniu kamery. Tak według nas powinno funkcjonować oświetlenie.

Z początku inni patrzyli na nas jak na wariatów, ale na dzień dzisiejszy coraz więcej lamp LED oferuje właśnie tego rodzaju sterowanie bazujące na barwie i nasyceniu.

Umożliwiające coś takiego proste zdalne sterowanie bazujące na telefonie i łączności bezprzewodowej mieliśmy gotowe już 4 lata temu. Jest to system który świetnie się sprawdzi na małych, kameralnych planach z kilkoma lampami. Problem pojawia się, gdy przeniesiemy się na duży plan (na przykład “Gwiezdne Wojny”), gdzie lamp jest nie kilka, lecz kilkaset. Przy takiej liczbie trudno jest znaleźć akurat tę, którą operator w danej chwili chce modyfikować. Wymaga to uproszczenia systemu identyfikacji lamp w aplikacji. To właśnie dlatego wprowadziliśmy identyfikację bazującą na aparacie smartfona, gdzie lampy można zidentyfikować po prostu celując telefonem w ich kierunku.

Wspomniałeś o “Gwiezdnych Wojnach”, a ja właśnie miałem o to pytać. Jak to się stało, że stosunkowo niewielka i mało znana firma trafiła ze swoim sprzętem na plan “Rogue One” wyprzedzając wielu bardziej renomowanych konkurentów?

Co ciekawe, historia ta ma swój początek tu, w Polsce. Głównego operatora tego filmu spotkałem festiwalu Camerimage. To był nasz pierwszy Camerimage. Kończyłem rozstawiać nasze stanowisko, gdy podeszło do mnie dwóch gości – jeden niski, drugi bardzo wysoki. Jeden z nich powiedział do drugiego, że musi koniecznie zobaczyć te lampy i ich użyć.

Tym pierwszym był Markus Förderer (autor zdjęć m.in. do nowego “Dnia Niepodległości”), a drugim Greig Fraser (m.in. “GW: Łotr 1”, “Królewna Śnieżka i Łowca”). Okazało się że jest on wielkim fanem nowych technologii i od dawna poszukiwał właśnie tego rodzaju możliwości sterowania oświetleniem. Pogadaliśmy 10 minut i nagle nasze lampy znalazły się na dwóch dużych hollywoodzkich planach filmowych. Z Camerimage wyjeżdżałem już z podpisanym kontraktem na “Rogue One” w kieszeni.

Lampy które wtedy trafiły do Hollywood to Wasze “duże” jednostki z linii DS. Powiedz coś więcej o nich i o tym co w porównaniu z nimi zmieniliście w Voyagerach.

DS-y składają się z bloków wielkości 10 x 10 cm. Oferują pełne spektrum kolorów RGB i sterowanie z dokładnością do pojedynczego bloku. W bloku znajduje się 16 modułów RGB, ale są one spięte razem bez możliwości indywidualnej kontroli.

W serii Voyager każdy jeden moduł RGB można adresować osobno. Są jak piksele. Pojedyncze jednostki DS też można traktować jak takie większe piksele, ale szczerze mówiąc to trochę “wyszło w praniu” na dużych hollywoodzkich planach. Oryginalnie projektowałem je z myślą o mniejszych, estońskich planach, gdzie modułowość miała ułatwić pracę w sytuacjach gdy światła dziennego jest mało i, szczególnie zimą, szybko go ubywa. Wystarczy godzina opóźnienia i światło dzienne się kończy. Spięcie razem dwóch HMI jest problematyczne jeśli mamy mało czasu. I stąd szukałem rozwiązań, które pomogłyby w takiej sytuacji. Nie myślałem wtedy jeszcze o tworzeniu z tych lamp wielkich, potężnych paneli.

Czy to właśnie tego nauczyło Was Hollywood? Opowiedz trochę o Waszej przygodzie z tamtejszą kinematografią.

Przyznam, że nie spodziewałem się, że nasze lampy trafią tak szybko na te duże plany filmowe. Było to dla nas cenne doświadczenie. Szybko nauczyłem się, że w Hollywood główny operator bardzo ściśle współpracuje z osobą z pionu oświetleniowego obsługującą sterownik DMX. Całe oświetlenie jest zazwyczaj już rozstawione zanim na miejscu pojawi się właściwa ekipa. Problem tego podejścia jest taki, że jeśli operator chce coś zmienić w ustawieniach lamp, potrafi to długo trwać. Widziałem sytuacje, w których operator sterownika DMX wypuszczał głównemu operatorowi na smartfona suwak od określonej pojedynczej lampy, by ten sam mógł nią szybciej sterować. Dzięki tym drobnym korektom spora część zmian normalnie robionych na korekcji barwnej odbywała się w czasie prób – od razu na poziomie oświetlenia.

To właśnie wtedy uświadomiłem sobie, jak powinno wyglądać sterowanie oświetleniem. Tylko że trzeba było to uprościć, bo w tym hollywoodzkim systemie liczba ludzi i ilość sprzętu pozwalająca na taką pracę jest ogromna i kosztuje adekwatnie. Naszym celem było osiągnięcie takiej samej prędkości wprowadzania zmian w oświetleniu przy obniżeniu kosztów. Tak by rozstawienie lamp zajęło tyle samo co rozstawienie zwykłych, klasycznych jednostek, z pominięciem DMX-a.

Wróćmy do Voyagerów czyli Waszego nowego produktu. Jakie założenia postawiliście sobie pracując nad tą linią?

Tak jak poprzednio, jest to coś, co planowaliśmy od kilku lat. Punktem wyjścia było uzupełnienie linii DS. Tamte lampy są dość punktowe, a łącząc je w bloki dostajemy z grubsza coś co działa jak jedno duże HMI. Naturalnym ich uzupełnieniem jest coś lekkiego i dającego miękkie światło, czyli odpowiednik KinoFlo. Jak to mówią – można zbudować drewniany dom samą siekierą, ale jest łatwiej jeśli czasem użyjemy też piły, młotka i gwoździ. Poza tym zabawek nigdy dość 🙂

“Flotki” mają jedną fundamentalną zaletę. Mogę dosłownie przykleić je taśmą dwustronną do ściany, dzięki czemu zajmują bardzo mało miejsca. I dają ładne światło. Chcieliśmy stworzyć ich odpowiednik w technologii LED. Na rynku jest już sporo paneli LED, ale albo są one trudniejsze do zamocowania w dziwnych miejscach, albo mają inne problemy.

I stąd decyzja o zrobieniu tego od nowa. Zaczęliśmy od dodania wbudowanej baterii, żeby pozbyć się niepotrzebnych kabli. Przy tym staraliśmy się nadal zachować rozsądną masę, tak by można je było mocować taśmą klejącą. Wersja 60-centymetrowa waży 1kg, a 120-ka 2kg. Do tego dodaliśmy wodoszczelną obudowę.

Planujecie też inne wersje niż 60 i 120cm?

Voyagery to nie jeden produkt, to cała linia. Zaczynamy od prostych podłużnych jednostek, ale w planach jest też zrobienie bezprzewodowych przejściówek na DMX, które będzie można wetknąć w dowolną lampę konkurencji i sterować nią z naszej aplikacji. I będzie to znacznie prostsze i tańsze niż bezprzewodowy DMX.

Ciekawą funkcją, którą dodają takie bezprzewodowe “dongle” (a którą lampy Digital Sputnik mają wbudowaną), jest pamięć. Ustawienia lamp są zapamiętywane nawet gdy odłączymy telefon i przeniesiemy całość do innej lokacji.

Następną rzeczą, nad którą pracujemy, jest dodanie synchronizacji z wykorzystaniem podczerwieni, którą mogliby wykorzystywać fotografowie. Tym bardziej, że nasze lampy potrafią też błyskać (najkrótszy możliwy czas błysku to 1/500 sek).

Chcemy też umożliwić wgrywanie do lampy obrazów, które byłyby wyświetlane przy zdjęciach z długim czasem naświetlania. Lampy posiadają mini-komputer z czujnikiem żyroskopowym, który wykrywałby położenie i dawał sygnały o wyświetlaniu kolejnej linii pikseli w miarę jak osoba “malująca światłem” się przemieszcza.

Do tego oczywiście gotowe presety symulujące telewizor, ognisko, czy policyjną syrenę.

Imponująca lista. Jakieś jeszcze plany na przyszłość?

W dalszej perspektywie chcielibyśmy podzielić na moduły także pojedyncze diody z lamp Voyager. Stworzyć z nich kilkucentymetrowe klocki, z których każdy będzie mógł sobie zbudować własną lampę o takim kształcie jak potrzeba – od panelu po 50-metrowego “stripa”. Rozważamy nawet wersję do zastosowań architektonicznych – programowalnego oświetlenia pomieszczeń.

Wygląda to imponująco! Trzymam kciuki, żeby wszystkie plany się udały i dziękuję za wywiad.