Rok 2016 zbliża się do końca. Pora na zwyczajowe w takich sytuacjach podsumowanie, w naszym przypadku dotyczące zmian na rynku względnie budżetowego sprzętu filmowego.

Ze względów organizacyjnych podzielę niniejsze podsumowanie na kilka tematycznych rozdziałów. Nie będę omawiał każdego z producentów osobno. Raz, że tych przybywa, a dwa, że większość i tak pojawi się przy innych okazjach. Zaczynamy.

1. Śmierć lustrzanek

Oczywiście tytuł jest nieco na wyrost, bo gros użytkowników rzeczonych lustrzanek to fotografowie, którzy będą ich używać jeszcze przez jakiś czas. Niemniej my, filmowcy, zostaliśmy w tym roku ostatecznie pozbawieni złudzeń, co do tego czy nasz filmujący aparat powinien posiadać lustro, czy też nie.

Co prawda na rynek weszły filmujące w 4K Nikon D500 czy Canon 5D mark IV (testy obu w nowym roku), ale ewidentnie nie udało im się uwolnić spod jarzma korporacyjnych księgowych i konserwatywnych managerów. Jak świetny by nie był Dual Pixel CMOS AF i jakimi legendami nie byłyby obrośnięte „canonowskie kolory”, prawda jest taka, że lustrzanki pod względem możliwości filmowych od jakiegoś czasu co najwyżej próbują doganiać bezlusterkowce.

Zresztą całkowicie dogonić raczej im się nie uda. Fotografowie kochają wizjery optyczne, nam nie są one potrzebne, co w naturalny sposób kieruje filmowców w stronę sprzętu z wizjerami elektronicznymi. Do tego „stare” systemy lustrzankowe są na tyle okrzepłe, że wprowadzenie w nich przydatnej przy filmowaniu stabilizacji matrycy też raczej, jak widać, nie wchodzi w grę. Czarę goryczy dopełniają ceny. Jeśli chcemy mieć solidne możliwości filmowe, musimy celować w topowe modele. Ich możliwości fotograficznych często nie wykorzystamy nawet w ułamku, a płacić za nie trzeba. Ten sam problem zresztą dotyczy też bezlusterkowców Fuji i Olympusa.

2. Stabilizacja, stabilizacja, stabilizacja

Wszyscy oszaleli na punkcie płynnego ruchu kamery. A w każdym razie tak się wydaje. Niby trend nie jest nowy, ale jeszcze rok z kawałkiem temu ludzie po prostu kupowali One Gravity czy Glidecama i ćwiczyli do skutku. Uczyli się balansu ciała, liczenia głębi ostrości, ćwiczyli, ćwiczyli, ćwiczyli.

Dziś o manualnych stedicamach mówi się dużo mniej. Wszyscy robiący aparatami „chałtury” albo już kupili gimbal, albo za chwilę to zrobią. Sprzyja temu rosnąca niemal z miesiąca na miesiąc oferta taniego sprzętu tego typu. W większości pochodzi on z Chin, ale kilka polskich firm także postanowiło powalczyć w tym segmencie rynku. W połączeniu z coraz lepszym autofokusem  w aparatach sprawia to, że „chodzone” czy „biegane” ujęcia stały się znacznie łatwiej dostępne, a ich robienie nie wymaga już tak intensywnego treningu.

Co więcej, nawet gdy nie zamierzamy kupować gimbala, nadal w pewnym zakresie możemy robić ruchome ujęcia. Jedynym systemem bezlusterkowym, w którym nie ma jeszcze stabilizacji matrycy jest Fuji, a i oni pewnie prędzej czy później się na nią zdecydują. Z perspektywy podsumowania roku 2016 wydaje się to oczywiste, ale warto uświadomić sobie skalę tego procesu. W ciągu ostatniego około półtora roku Sony i Panasonic zaliczyły w tej kwestii zwrot o 180 stopni. Od samych nieruchomych do samych stabilizowanych matryc.

Za chwilę może się zatem okazać, że gimbale w większości sytuacji nie są nam potrzebne. Oczywiście fizyki nie oszukamy i w pewnych sytuacjach gimbal czy stedicam pozostanie niezastąpiony. Ale jeśli do tego co już istnieje dołożyć zapis danych z czujników położenia i przyspieszenia oraz programową korekcję, to możliwości wydają się spore.

Do pełni szczęścia brakuje tak naprawdę jednego – czynnika ludzkiego. Obsługi gimbala i aparatu można się nauczyć, nie jest to aż tak trudne. Umieć zrobić takim zestawem interesującego mastershota (długie złożone ujęcie) to już niestety wyższa szkoła jazdy. Dotychczas kursy stedicamu skupiały się stricte na technice, bo ta była trudniejsza. Teraz, gdy ona stała się łatwa, może pora wziąć na warsztat kilka filmów Lubezkiego czy Spielberga i nauczyć się kręcić długie ujęcia, które faktycznie mają sens? Albo zapłacić komuś, kto już obejrzał i przeanalizował, żeby nas nauczył?

3. Inwazja obiektywów z Chin

Kiedyś, dawno temu, Japońskie auta były uważane z beznadziejną taniochę. Za młody jestem, nie pamiętam tych czasów. W czasach które pamiętam te japńskie były już synonimem perfekcyjnego wykonania, a funkcję taniej tandety pełniły marki koreańskie. Dziś i one oferują świetne auta, często za całkiem sensowne pieniądze. Za to synonimem nieużywalnej tandety jest motoryzacja chińska. Ciekawe, ile lat zajmie im porzucenie tego statusu. Bo to, że prędzej czy później ono nastąpi, jest praktycznie pewne.

Dlaczego o tym piszę? Bo to samo dzieje się z optyką. Kiedyś najlepsza była Niemiecka, a japońska była „szajsem”. Dziś napis „made in Japan” na tubusie to synonim perfekcji. W międzyczasie ulokowane w Wietnamie czy Korei fabryki znanych marek również zaczęły produkować dobre jakościowo instrumenty, a koreański Samyang mieszanką dobrych cen i jakości optycznej namieszał na rynku jak mało kto.

Tak samo jak w motoryzacji, także i w optyce, Chiny walczą by przejść od „tanich podróbek” do bycia krajem kojarzonym z dobrej klasy obiektywami. Jednym udaje się to mniej i klepią podróbki Canona, inni za to wynajdują sobie interesujące nisze na rynku i produkują obiektywy, które wielu chciałoby mieć w swoim arsenale. Przy tym liczba nowych chińskich marek z roku na rok rośnie i mogę się założyć, że pisząc przyszłoroczne podsumowanie będę musiał dopisać do ich listy kolejne kilka pozycji.

Jedyne co miejscami kuleje to kanały dystrybucji chińskich obiektywów w Polsce. Ale i to szybko się zmienia. Natura nie znosi próżni, a jeśli na importowaniu obiektywów z Chin da się zarobić, to prędzej czy później ktoś zacznie to robić.

4. „Podział tortu” na rynku filmujących aparatów

W tym rozdziale nasze podsumowanie będzie stosunkowo proste. Na chwilę obecną, jeśli ktoś chce filmować aparatem to opcje ma tak naprawdę dwie – Sony i Panasonic.

Pierwsza z tych firm skupia się głównie na drogich pełnoklatkowych korpusach i obiektywach do nich. Sięgają po nie zamożniejsi „weselnicy” oraz całkiem poważni filmowcy, szczególnie jeśli do danego projektu potrzebują czegoś, co poradzi sobie w naprawdę złym oświetleniu. Efekty widać – A7s mark II znajdziemy w prawie każdej szanującej się wypożyczalni sprzętu filmowego.

Panasonic z kolei zajął praktycznie cały segment tańszego sprzętu z wymienną optyką. Model G80 pod względem stosunku możliwości do ceny jest praktycznie bezkonkurencyjny, a mniej zamożni mogą też sięgnąć po G7 czy nawet G6. W wypożyczalniach Panasoników będzie mniej, bo przy tych cenach większość osób po prostu może je sobie kupić, nawet przy polskich wynagrodzeniach.

Obie marki spotykają się w dwóch miejscach. Pierwsze to kompakty – kolejne generacje Sony RX10 to bardzo udane maszyny. Seria FZ Panasonika zostaje w porównaniu z nimi nieco z tyłu, ale firma nadrabia to udanym LX100 i niedawno pokazanymi LX15 czy TZ100.

Drugi punkt styku pojawi się, jeśli wierzyć plotkom, na początku stycznia i więcej o nim będę w stanie powiedzieć pisząc przyszłoroczne podsumowanie. Chodzi oczywiście o starcie A6500 i GH5.

Spojrzenie w przyszłość

Czego zatem możemy spodziewać się w przyszłym roku? Oczywiście jasnowidzem nie jestem, ale jakieś swoje przewidzenia oparte na analizie rynku mam.

Po pierwsze – zapis obrazu w 4:2:2 i 10 bitach. O tym czemu jest on ważny i którzy producenci wprowadzą go jako pierwsi pisałem w tekście o telewizji HDR. Jeśli wierzyć plotkom, to moje przewidywania się sprawdzą. Na weryfikację poczekajmy do oficjalnej prezentacji wspomnianego GH5. Zapewne konkurencja nie każe na siebie długo czekać, choć Sony może z tym nieco zwlekać, bojąc się o sprzedaż kamer. Panasonic rozwiązał to mądrzej – ich Varicamy to naprawdę wysokiej klasy sprzęt, któremu aparat z 10-bitowym kolorem mimo wszystko nie zagrozi, choćby ze względu na mniejszą matrycę.

W ten sposób płynnie przechodzimy do drugiej przepowiedni, dotyczącej właśnie rozmiarów matryc. Arri Alexa 65, rynkowy sukces starych Canonów 5D i Sony A7s oraz pełnoklatkowy Red Weapon pokazują, że filmowcom trochę się już przejadły sensory Super35. Także obiektywów filmowych pod „pełną klatkę” przybywa. Nie szukając daleko, możemy wskazać rodzinę XEEN czy też nowe filmowe stałki Sigmy. Swoją cegiełkę dokładają też nowe reduktory optyczne pozwalające używać na aparatach A7 obiektywów średnioformatowych. Trend ten zapewne będzie się rozwijał.

Podsumowanie

Z roku na rok jesteśmy coraz bliżej „idealnego aparatu do filmowania”. Ideału oczywiście nie ma i nigdy nie będzie, ale przecież nie o to w tym chodzi. Chodzi o to, by mieć sprzęt, którym da się sprawnie i bez zbędnych ograniczeń opowiadać historie i przekazywać emocje. A tego jesteśmy już naprawdę blisko. Filmujmy zatem 🙂

 

 

Zdjęcie profilowe Amadeusz Andrzejewski

Kim jest redaktor? Amadeusz Andrzejewski

Montażysta filmowy, reżyser, praktykujący filmowiec, redaktor naczelny Videodslr.pl