Bezlusterkowiec Sony A6300 miał swoją premierę już dość dawno temu, czas zatem najwyższy na test trybu filmowego w tym aparacie.

Niniejszym tekstem oficjalnie zaczynamy zimowe nadrabianie zaległości testowych. Jeszcze przed Świętami do listy przetestowanych korpusów dołączy A6500. Na obrobienie czekają też na przykład materiały z Canona 5D mark IV czy Nikona D500. Mimo wielu „świeżynek” na liście zaczynam jednak od testu obecnego już od dłuższego czasu na rynku modelu Sony A6300, choćby po to by móc się do niego odwoływać przy okazji A6500, z którym ten dzieli sporo cech i parametrów. Ruszamy.

Materiał testowy został przygotowany podczas imprezy Video Party 2016.

Budowa i ergonomia

Już korpusy serii A7 są małe, szczególnie dla człowieka, który wcześniej pracował na lustrzance. Sony A6300 jest jeszcze mniejszy. Ma to oczywiście zalety (np. mniej wydamy na gimbal), ale ma też wady. Filmowanie „z ręki” jest trudne, bo z małym obiektywem całość jest zbyt lekka i podatna na drgania, a gdy podepniemy coś cięższego, całość robi się źle wyważona i „leci” do przodu.

Niestety małe rozmiary odbijają się też na paru moim zdaniem bezsensownych decyzjach. Dwie najgorsze to umieszczenie karty pamięci razem z baterią pod dolną klapką oraz rezygnacja z przedniego kółka sterującego. Osoby lewooczne mogą też do tej listy dopisać umiejscowienie wizjera – mi jako prawoocznemu akurat bardzo ono odpowiada.

Wracając do wspomnianych dwóch złych decyzji – po pierwsze zdecydowanie wolę umieszczenie karty pamięci z boku, tak jak w każdej cywilizowanej lustrzance czy aparacie serii A7. Co prawda standardowa złączka Manfrotto nie wymaga odkręcenia by zmienić kartę czy baterię, ale trzeba aparat zdjąć ze statywu czy riga. A to zawsze zbędne marnowanie czasu.

Jeśli chodzi o kółka sterujące, to braku przedniego zupełnie nie rozumiem. Nie jest to element duży, nijak też nie spowoduje, że Sony A6300 zagrozi droższym modelom, takim jak A7s II czy A7r II. A przy tym zdecydowanie ułatwiłby on życie użytkowników i pozwolił wykorzystać dolne kółko na tylnej ściance do sterowania czułością. Znowu – jedno kliknięcie mniej żeby zmienić często regulowany przez filmowców parametr. Optymalizacja.

Standardowo przyczepię się też do umieszczenia przycisku nagrywania. Niezmiennie od pierwszego A7 jest on w miejscu, które trudno nazwać inaczej niż „idiotyczne”. Oczywiście można by go przypisać pod jeden z przycisków programowalnych, ale te akurat wolałem wykorzystać inaczej.

Cała reszta ergonomii jest na dobrym poziomie. Przyciski programowalne, którym przypisałem funkcje powiększenia środka kadru i zmiany balansu bieli spełniają swoje zadanie i ułatwiają pracę. Kółka pracują dobrze, a przyciski inne niż ten od nagrywania bez problemu da się „wymacać” bez patrzenia.

Ogólnie – można się przyzwyczaić i da się pracować, ale w porównaniu choćby z prostym Panasonikiem G7 – mogłoby być lepiej.

Menu

Firma Sony ma niestety zły nawyk rozmieszczania zakładek w menu i pozycji na nich zupełnie inaczej w każdym kolejnym modelu. Ze wszystkich jakie miałem w rękach, akurat Sony A6300 wydaje się mieć ten układ najlepiej dopracowany. Co nie zmienia faktu, że w porównaniu choćby z Nikonem D500 panuje tam odrobina bałaganu. Ale znów – po kilku nagraniach można się do tego przyzwyczaić.

Wizjer i ekran

Zarówno wizjer, jak i ekran oferują dobrej jakości obraz. Jest on wyrazisty i ostry, a kolory wyglądają dobrze. W porównaniu z typową lustrzanką przeskok w jakości pracy jest zdecydowanie odczuwalny na korzyść bezlusterkowca. Zresztą przy fotografowaniu wizjer elektroniczny również sprawia się świetnie i pozwala szybko pozbyć się odruchu odrywania aparatu od oka i patrzenia na ekran po wykonaniu zdjęcia.

Drobne zastrzeżenia mam do dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest czułość systemu automatycznie przełączającego obraz między wizjerem a ekranem. Ten ostatni potrafi zgasnąć, gdy tylko coś znajdzie się bliżej niż 10cm od wizjera. Gdy jest to oko – problemu nie ma. Gorzej jeśli  jest to moja koszulka gdy nagrywam ujęcie „z biodra”. Oczywiście automat można wyłączyć, ale wtedy musiałbym przełączanie przypisać do przycisku programowalnego, a te już wykorzystałem.

Drugi problem to focus peaking, który jest nieco nadgorliwy, tj. pokazuje jako ostre ujęcia, które jeszcze ostre nie są. Przy odrobinie wprawy idzie go „wyczuć”, ale na początku większość użytkowników przypłaca brak tej umiejętności nieostrym materiałem. Z drugiej strony, gdy tylko w kadrze zrobi się bardziej ruchliwie, trudno znaleźć coś, co byłoby podświetlone i ułatwiło ostrzenie. Zdaję sobie sprawę, że brak nadgorliwości i reagowanie na ruchome obiekty to sprzeczne wymogi, ale i tak uważam, że można by to było ciut dopracować. Choćby na poziomie regulacji „czułości” peakingu.

Na koniec duży plus za możliwość używania powiększenia środka kadru podczas nagrywania. Czasem naprawdę potrafi to uratować ujęcie.

Bateria

Marketingowcy Sony mogą stawać na głowie próbując zaprzeczyć, ale prawda jest taka, że akumulatorki NP-F50 są do bani. A w każdym razie są do bani w kontekście filmowania, bo w fotografii ich żywotność okazuje się być całkiem akceptowalna. Niemniej, jako że o filmowaniu tu mówimy, to praktyczny wniosek jest taki, że bez 4 czy 5 sztuk naprawdę trudno iść „do roboty”. Dokładnego pomiaru nie przeprowadzałem, ale jedna bateria to około godzina materiału 4K nagranego ciągiem lub nieco mniej, gdy pracuje się z przerwami i nie wyłącza aparatu. Nie jest to imponujący wynik, GH4 robi tyle „na jednej kresce”.

Tym bardziej dziwi brak rozsądnych akcesoriów firm trzecich wspomagających zasilanie. Oczywiście można kupić duży power bank i zastanawiać się gdzie go zamocować (choć akurat sama opcja zasilania przez mikro USB to duży plus) albo wydać majątek na markowy battery grip lub Atomos Power Station, ale żadne z tych rozwiązań nie jest optymalne z punktu widzenia ceny i wygody pracy. Ale to już nie wina Sony, tylko firm trzecich, więc na tym poprzestańmy.

Poszukiwania rozwiązania, które wyprowadziłoby baterię poza korpus są też pochodną problemu z przegrzewaniem. Tego ostatniego doświadczyłem raz, filmując ujęcia z przerwami w stosunkowo ciepłym klubie. Na szczęście aparat się nie wyłączył, a po chwili ikonka znikła. Z drugiej strony podczas nagrywania bez przerw 20-minutowych ujęć w studio wszystko działało jak należy. Jednym słowem problem istnieje (szczegółowych analiz dość już przeprowadzili zagraniczni użytkownicy), ale o ile nie jesteśmy miłośnikami nagrywania non-stop i/lub w saunie, to „w normalnych warunkach” da się żyć.

Autofokus

Przyznam bez ogródek – po latach pracy manualnej wyzbyłem się jakichkolwiek potrzeb związanych z posiadaniem autofokusa w trybie filmowym. Tym niemniej, autofokus w Sony A6300 jest i działa całkiem rozsądnie. Co prawda w praktycznym teście wypadł minimalnie gorzej niż Dual Pixel CMOS AF w Canonie 5D mark IV, ale nadal jest to na tyle dobry układ, że można mu czasem powierzyć nasze ujęcia.

Dodajmy tylko, że bardzo dużo w tej kwestii zależy od optyki której używamy i ewentualnych adapterów. Z systemowymi szkłami jest naprawdę dobrze. Tyle tylko, że tych ostatnich jest niewiele i często są ciemne i/lub drogie. A do tego Sony ostatnio skupia się tylko i wyłącznie na instrumentach pełnoklatkowych, zapominając, że naprawdę przydałoby się coś klasy 16-50mm f/2.8 do bezlusterkowców APS-C.

Wszystko to powoduje, że bardzo wielu filmowców sięga po fenomenalną Sigmę 18-35/1,8 i adapter. O ile z adapterem Sigma MC-11 autofokus można jeszcze uznać za akceptowalny, o tyle jeśli zdecydowaliście się na tańszego Commlite-a, to lepiej od razu przestawić przełącznik na obiektywie w tryb „M”. Wiele też zależy od samego obiektywu. Przykładowo mój leciwy Tamron 60/2 macro z adapterem Commlite przelatuje skalę ostrości z jednego końca na drugi i nigdy się nie zatrzymuje. Możliwe, że z  „natywnymi” obiektywami Canona byłoby lepiej.

Szczegółowość obrazu

Jeżeli do tej pory zdarzało mi się nieco marudzić, to teraz pora na chwilę przestać. Jakość obrazu w 4K, jaką oferuje Sony A6300 wbija w fotel. Póki szum nie zacznie degradować szczegółów (o czym dalej), jego rozdzielczość jest nieporównywalna z niczym, co do tej pory miałem w rękach. W starciu z naszą tablicą testową z tyłu za 6300 zostały takie aparaty jak Canon 5D mark IV, Nikon D500, czy Sony A7s mark II. Podczas praktycznej realizacji natomiast zauważyłem także różnicę w szczegółowości obrazu w porównaniu z kamerą FS7 i ponownie była to różnica na korzyść aparatu.

Jednym słowem – odczyt całej matrycy 6K i skalowanie programowe do 4K naprawdę robią robotę. Warto też dodać, że w obrazie praktycznie nie ma mory i to mimo braku filtra dolnoprzepustowego na matrycy. Jeśli miałbym podać jeden jedyny argument za kupnem Sony A6300, to byłaby nim właśnie niesamowita wręcz ostrość i szczegółowość materiału 4K.

Gorzej niestety jest w HD, gdzie mory jest więcej, a szczegółowość obrazu nie jest tak dobra jak mogłaby być. Bliżej jej do starych Canonów niż choćby do Sony A7s, które dla mnie wyznacza standardy jakości obrazu w HD/25p. Na pocieszenie pozostaje fakt, że obraz ma tę samą szczegółowość i morę niezależnie od tego, czy nagrywamy w 25 czy 50kl/sek. Po przejściu do 100kl/sek sytuacja robi się jeszcze odrobinkę gorsza ale w praktyce nie jest to nic zauważalnego. Jednym słowem – jest „tak se”, ale przynajmniej w miarę stabilnie niezależnie od klatkażu.

Warto też dodać, że przy przejściu  z 50 na 100kl/sek, aparat zaczyna korzystać z wycinka matrycy, a nie całej jej powierzchni. Wprowadza to dodatkowego cropa o wartości około 1,134, co w połączeniu z wyjściowym 1,5 daje nam wynik 1,7x. Dobrze mieć tego świadomość przy nagrywaniu.

Szumy

W 4K i HD (25 i 50p) jest dość podobnie i przy korzystaniu z „normalnego” profilu obrazu granica użyteczności przebiega gdzieś między iso 3200 a 6400. To dobry wynik, pozwalający na pracę w większości sytuacji. Po przejściu na tryb 100p poziom szumów znacząco rośnie. „Na oko” różnica to około 2EV, czyli w trybie 100p iso 800 szumi tak jak 3200 w trybie 25p.

Sytuacja zmienia się, gdy przejdziemy na S-loga i prześwietlimy materiał. Przy przeeksponowaniu o około 2EV i dobrze wykonanej korekcji nawet materiał nagrany na iso 12800 czy 25600 staje się akceptowalny.

Podsumowując – może nie jest to A7s, ale do większości zastosowań osiągi oferowane przez Sony A6300 spokojnie wystarczą. Pamiętajmy też, że możemy dodatkowo poprawić sytuację sięgając pod Speedbooster lub jego tańszego klona.

Rolling shutter

Ponieważ udało mi się na początku grudnia zebrać w jednym miejscu kilka aparatów, będę w stanie podawać zmierzone na powtarzalnym stanowisku czasy odczytu matrycy. Ułatwi to późniejsze porównania. Ponieważ jednak w tym przypadku dopiero zaczynamy, zacznę od wrażeń subiektywno-jakościowych, a dopiero potem przejdę do tych mierzalnych.

W 4K niestety rolling shutter w Sony A6300 jest ogromny i w połączeniu z innymi opisanymi przeze mnie problemami skutecznie uniemożliwia rozsądne filmowanie z ręki. W HD jego wartość spada około 3-krotnie, a po przejściu do trybu 100p niemal 5-krotnie. Widać zatem bardzo silną zależność – jeśli jakość obrazu ma być dobra, to odbije się to czkawką właśnie w tym miejscu, bo odczytanie matrycy 6K musi trwać. Z kolei w HD, gdzie, jak się domyślam, część linii jest przeskakiwana, rolling shutter znacząco spada, ale wraz z nim spada też niestety szczegółowość obrazu i rośnie mora. Czyli zawsze mamy do czynienia z jakimś kompromisem. Jeśli natomiast żadnych kompromisów nie chcemy, to niestety czeka nas zakup RED-a Dragona.

Faktycznie zmierzone czasy odczytu matrycy podaję poniżej:

  • 4K / 25p – 34,8 ms
  • HD / 25p – 12 ms
  • HD / 50p – 12,4 ms
  • HD / 100p – 7,7 ms

Biorąc pod uwagę nieco „chałupniczą” procedurę testową oraz związane z tym błędy pomiaru, możemy uznać, że w 25 i 50 kl/sek poziom rolling shuttera jest identyczny, co potwierdza tezę o identycznym algorytmie odczytu matrycy w obu trybach. Ponieważ publikuję te wyniki po raz pierwszy, postanowiłem sięgnąć do innych testów i zobaczyć „jak mi poszło”. Okazuje się, że wartości, które otrzymałem są o kilkanaście procent niższe, niż te zamieszczone w „sławnej” tabeli na DVXuser i niemal identyczne (minimalnie wyższe) jak te otrzymane przez redaktorów Cinema5D. Czyli nie jest źle – mogę pójść dziś spać z czystym sumieniem.

Na koniec tego rozdziału chciałbym bardzo serdecznie podziękować koledze Ryszardowi Krótkiemu, który udostępnił mi swojego riga do filmowania 360-stopniowych panoram (kamera kręci się wokół „celu”). Użyłem go niezgodnie z jego nominalnym przeznaczeniem właśnie w charakterze obracającego się ze stałą prędkością pionowego elementu, który pomógł mi zmierzyć rolling shutter.

Kodeki, profile, zapis obrazu

Na koniec trzy zdania o kodekach. Zainstalowane na pokładzie XAVC S jest naprawdę niezłe i pomimo jedynie 8 bitów i 4:2:0 oferuje dobrej jakości obraz, którym można manipulować w zaskakująco dużym zakresie. Oczywiście, jeśli nagramy w S-Logu3 mało kontrastową scenkę i zaczniemy ją potem „rozciągać”, to w którymś momencie obraz się zdegraduje, ale z moich obserwacji wynika, że moment ten następuje później niż na przykład w przypadku V-Loga w GH4.

Nie zmienia to jednak faktu, że jestem i pozostanę zagorzałym przeciwnikiem okrajania możliwości filmowych w aparatach w stosunku do kamer. Przy prędkościach oferowanych przez dzisiejsze karty SD, Sony A6300 spokojnie mogłoby pisać w „dorosłym” 250-megabitowym XAVC w 4:2:2 i 10 bitach. Oczywiście teoretycznie zagroziłby on wtedy pozycji rynkowej FS7, ale myślę, że ta ostatnia ma jednak kilka zalet na swoją obronę (dużo mniejszy rolling shutter, 60kl/sek w 4K, wbudowane filtry szare, lepsza ergonomia).

Jeśli chodzi o profile, to możliwości ich edycji w niczym nie ustępują tym z profesjonalnych kamer. Najlepszym dowodem niech będzie fakt, że samo omówienie jedynie części z nich zapełniło mi niedawno dwa obszerne poradniki.

Podsumowanie

Zacznę może od tego, że sam już A6300 kupiłem i testowany egzemplarz to mój prywatny. Stąd też z całej nadchodzącej serii testów, ten jest jedynym, gdzie na początku nie pojawia się zwyczajowe zdanie „aparat do testów udostępniła firma [nazwa]”. W stosunku do korpusów Mikro Cztery Trzecie (choćby G80-ki) przeważyły dwie rzeczy. Pierwszą jest moje umiłowanie logarytmicznych profili obrazu. Drugą natomiast robienie zdjęć starymi analogowymi obiektywami, które pełnię swojej plastyki pokazują dopiero na pełnoklatkowej matrycy. A tę zapewnia mi adapter Mitakon Lens Turbo (na A7s II nie starczyło budżetu).

Jeśli chodzi o problemy, to monstrualnego rolling shuttera całkiem nieźle ogranicza praca z riga (gimbala się jeszcze nie dorobiłem), a przegrzewanie raczej nie będzie mi doskwierać przy tym typie nagrań, które zwykle wykonuję. Brak gniazda słuchawkowego załatwia z kolei zewnętrzny rejestrator lub zatrudniony dźwiękowiec.

Dlaczego o tym piszę? W celu uświadomienia, jakie motywy mną kierowały. Gdybym co weekend filmował śluby, to pewnie nie zastanawiałbym się dwa razy i wziął G7 albo G80. Mają mniej problemów z długimi ujęciami, zasilaniem, czy rolling shutterem, a przy tym też sobie radzą w ciemności. I mają dotykowe ekrany.

Czy zatem A6300 to sprzęt zły? Absolutnie nie. Jestem naprawdę zadowolony z obrazu filmowego jaki generuje oraz z tego co mogę wycisnąć ze zdjęć. Gdybym cofnął się w czasie i miał do wydania 5000 pln, to kupiłbym go drugi raz. Nie jest to natomiast sprzęt idealny i iluś wymienionych przeze mnie powyżej wad trzeba być świadomym. Część z tych problemów rozwiązuje A7s mark II, inną część prawdopodobnie rozwiąże GH5. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na obecną cenę, możliwości Sony A6300 są adekwatne i jeśli współgrają one z naszymi potrzebami (a nie stać nas na A6500), to spokojnie można rozważyć zakup tego aparatu.

 

Zdjęcie profilowe Amadeusz Andrzejewski

Kim jest redaktor? Amadeusz Andrzejewski

Montażysta filmowy, reżyser, praktykujący filmowiec, redaktor naczelny Videodslr.pl