Ocena redakcji

Zmian trybu recenzji, ostatnimi czasy zaszalałem z optymizmem. Od teraz będzie na ostro.

2
ostrość
3
przejścia montażowe
8
montaż
10
kadry
7
kolor
5
naświetlenie
8
dialogi
4
scenariusz
9
dżwięk
7
muzyka

Co roku – krótkometrażowy film amatorski – to chyba najpoważniejsza produkcja, którą widziałem na naszym portalu.

30 minut, zawodowi aktorzy, scenariusz, reżyseria, różnorodne plany, miejsca, akcja – wszystkie elementy składowe filmu. Nie pozostaje nic innego jak złoić.

1 – Na samym wstępie Autor zaskakuje tajemniczością. Musimy obejrzeć film w całości, żeby się dowiedzieć kto jest autorem. Niecierpliwym udostępniam tę informację od razu: film zrobił Krzysztof Jerzy Śmierzchała, wraz z ekipą – ale szczegóły to już sami musicie sobie sprawdzić.

2 – Czekanie minuty i dwunastu sekund na tytuł filmu – lekka przesada. Taki chwyt sprawdza się w serialach i Jamesie Bondzie – w produkcjach mniej znanych trochę denerwuje, bo od razu pojawiają się wątpliwości – a co to?, a kto to? a dlaczego? Idę zrobić herbatę! – 15 % widzów odeszło od ekranu.

3 – Ostrość – Autor tak się zachwycił płytkim DOFem, że zapomniał o najważniejszej sprawie w pracy podczas realizacji materiału realizowanego techniką rzutowania obrazu na element światłoczuły – o ostrości.

Mamy bardzo ładne kompozycyjnie kadry, rzeczywiście przemyślane – postacie znajdują się na odpowiednich miejscach, wiemy kto jest na pierwszym planie, kto na drugim, gdzie jest tło, gdzie horyzont, w jakich planach jest robione, ale film gubi ostrość. Autor w sposób wysmakowany ustawia bohaterów (robi nawet ujęcie ze środka piekarnika), a focus lata mu jak opętany: z oczu na uszy, czasami na przypadkowe przedmioty w kadrze, kubki, krawat, wisiorek, całe kwestie są wypowiadane pod ostrość drugiego planu bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Rozumiem, że Autorowi zależało na plastyce płytkiej głębi i czasami to się sprawdza (1:44) ale skakanie focusa po całym kadrze to najgorszy błąd jaki można zrobić przy płytkim DOFie.

Zagadnienie ostrości w filmie to jedna z podstaw sztuki operatorskiej i fotograficznej (w końcu fotografia to matka filmu). Na ten temat można (i trzeba) napisać książkę, ale już zwyczajne obejrzenie dowolnego filmu pod kątem ustawiania ostrości wystarcza by zauważyć, że ostrość, focus – to esencja opowiadania kamerą. Kompozycja, ruch kamery, ustawienie planu, oświetlenie – są względne, czyli można je dowolnie zmieniać i stosować – można zrobić wszystko ze statywu, albo całość ze steadycama, można robić długie ujęcia albo poszatkować film na króciutkie sekwencje. Jedno ujęcie może być zrobione na tysiąc sposobów, ale jedno będzie niezmienne – ostrość – punkt na którym chcemy skupić uwagę widza. Bo taka jest natura ludzkiego widzenia – ostrość widzimy jako pierwsze, potem dopiero możemy zachwycać się ustawieniem kadru, kompozycją, ruchem, naświetleniem. Możemy eksperymentować i dialog dwóch osób dać poza focusem ustawiając ostrość na tle, ale takie chwyty zawsze czemuś służą i wykorzystują naszą tendencję do zwracania uwagi na elementy ostre (na przykład: dwie rozmyte osoby na pierwszym planie rozmawiają w kawiarni o segregowaniu śmieci, a przez szybę widzimy ostrą śmieciarkę, która ładuje wszystkie trzy kubły do segregowania do jednego kontenera). W tym filmie, mamy niestety zwykłe gubienie ostrości – bo aktor wykonał niespodziewany ruch głową, bo operator nie dokręcił w odpowiednim czasie pierścienia ostrości (klatka 19:04 – wygląda wręcz jak polsatowski prodakt plejsment) Bardzo to rażące. A szkoda, bo widać, że Krzysztof Jerzy zwraca uwagę na kompozycję, światło, ustawienie kamery i dobór obiektywów, a „focus pulling” olał.

4 – Przejścia montażowe – momentami dobre, momentami takie sobie, czyli złe. Szczególnie nie bardzo mnie przekonują kurtyny: na ostro (4:00) oraz blackout bez rampingu połączony z kurtyną na miękko (10:01 do 10:05) i przenikanie (8:22, 19:37) nieokreślona różnorodność – składam to na karb chęci eksperymentowania i próby wyjścia z konwencji (czyli autor nie do końca wiedział, co mu się podoba). Gorzej, że często cięcia są widoczne – czyli coś ze spasowaniem ujęć nie wyszło, szczególnie na początku filmu.

5 – Montaż – trochę chyba za dużo pustych akcentów – szafka, książka, włącznik na ścianie – nie bardzo rozumiem czemu służą, poza tym, że zabierają czas. Przy półgodzinnym filmie z 3/4 takich ujęć można zrezygnować.

6 – Kadry – ładne. Może zbyt klasyczne, ale ogląda się to dosyć miło. Wyczuwam „oko” – czyli umiejętność zamknięcia sceny w prostokącie klatki – większość mi się podoba, bo wskazuje na myślenie oczami u kolegi Śmierzchały. A to ważna umiejętność.

7 – Kolor i naświetlenie – widać intensywną walkę postprodukcyjną. Czasami wychodzi, a czasami nie wychodzi. Mamy sceny poprawne (np.: 2:52), coś na kształt HDR (1:33) i kombinacje z gradingem – cały film – a nagle się pojawia kiks w postaci źle naświetlonych gołąbków (23:27), regału (4:55), elewacji (11:08), okna (15:22) co jest o tyle dziwne, że to wszystko można sfilmować w dowolnej chwili i poprawić.

8 – Film ogólnie za długi – obejrzałem całość, bo chciałem rzetelnie zrecenzować, ale jako widz to jednak się męczyłem. 15 minut to jest optimum dla tego filmu.

9 – Scenariusz i dialogi – dialogi brzmią naturalnie zarówno w warstwie językowej jak w sposobie wypowiadania. Ale scenariusz nie do końca rozumiem. Kim są bohaterowie poznajemy w 10 minucie, a potwierdzenie tego mamy dwie minuty później – do tego czasu męczymy się nad kontekstem scen – o co chodzi? kim dla siebie są ci ludzie? – wszystkie opcje brałem pod uwagę i za każdym razem zmieniał się odbiór filmu. W 1/3 dopiero zrozumiałem sens opowieści. Trochę za późno. szczególnie, że i tak niewiele z tego wynikło.

10 – Dźwięk – zadziwiający – słychać dialogi! Nie najlepiej poszło samemu Autorowi w roli pana Wacka-malarza, ale ogólnie wyjść z podziwu nie mogłem – polecam zgłosić się do jakiegoś polskiego hollywood – tam do dzisiaj nie są w stanie tego zagadnienia rozwiązać.

11 – Muzyka – ładna i miła dla ucha, ale bez przesady. Trochę ten saksofonik zbyt oczywisty. (To już chyba 3656 score z saksofonem jaki słyszałem – instrument nie do zdarcia)

Konkludując: Film jest trochę zlepkiem scen typowych dla domu polskiego. Nie wiem czy to jest jakoś wyjątkowo ciekawe i zabawne (Koterski robił to już w latach 80. – Dom wariatów). Brakuje mi jakiegoś konfliktu, jakiegoś twista, czyli sceny, która by całkowicie zmieniła odbiór filmu – na przykład gdyby w ostatniej rozmowie przez telefon Jędrek powiedział, że ma raka i umiera, to od razu film by trzeba było obejrzeć od nowa – z nową wiedzą – częsty zabieg, który się sprawdza i pobudza widza. W „Lektorze” przez pół filmu mamy nudzenie o romansie tramwajarki i ucznia, żeby nagle dowiedzieć się, że ona była strażniczką w Auschwitz – i tym twistem dostajemy takiego kopa, że potem nie możemy się oderwać od filmu (a sam film dostaje Oscara). Tutaj tego brakuje. Przyjechał Jędrek, coś tam pogadał mniej lub bardziej zabawnie i odjechał. Nawet telewizora nie naprawił. Jedyna scena, która dawała nadzieję, na coś mocnego – Wiktoria przyłapana przez policjantów – kończy się nie wiadomo czym. Szkoda, bo film ma ładne ujęcia i jak na tak domową realizację zaskakuje całkiem niezłym wykonaniem.

Idź do początku tekstu

Recenzja w oparciu o prezentację na forum videodslr.pl